Kiedy piszę moją historię, mam 39 lat, jestem po przeszczepie blisko 5 miesięcy i czuję się zdrowa, szczęśliwa i wdzięczna za to, co dał mi los.
Początek przez przypadek
O swojej chorobie dowiedziałam się trochę przez przypadek, dzięki czemu wykryto ją wcześniej i mogłam mieć na nią względny wpływ. Miałam wówczas 24 lata. Przez 3 lata moja choroba była w tak wczesnym stadium, że jedyną możliwą diagnozą było „cholestatyczne zapalenie wątroby”. Przyjmowałam Proursan i żyłam normalnie, wyszłam za mąż, urodziłam pierwsze dziecko i wówczas choroba stała się możliwą do zdiagnozowania.
Informację o PSC przyjęłam początkowo jak wyrok, ale zakasałam rękawy i wzięłam się w garść, uznając, że skoro medycyna konwencjonalna rozkłada ręce, to wesprę się medycyną niekonwencjonalną, dietetyką i innymi niestandardowymi działaniami znalezionymi w internecie i literaturze.
Po 2 latach urodziłam kolejne dziecko, i wówczas po raz pierwszy tak naprawdę doświadczyłam objawów PSC – żółtaczki i bardzo silnego świądu. Gdy trafiłam do szpitala, do diagnozy PSC dodano AIH i naprostowano mnie sterydami.
Przez kolejne 4 lata (czyli już 6 lat od oficjalnej diagnozy o PSC) moje życie, poza regularnym przyjmowaniu leków i odwiedzaniu specjalisty, wyglądało jak życie zdrowego człowieka – robiłam karierę, wychowywałam dzieci, uprawiałam sporty, chodziłam po górach.
Szpitalna rutyna i sporty ekstremalne
Po tym czasie wrócił świąd i żółtaczka, zwiększenie dawki sterydów nie przyniosło niestety żadnego efektu. I tak wreszcie trafiłam pod skrzydła profesora Milkiewicza i do poradni transplantacyjnej na Banacha w Warszawie. Wykonano mi pierwszy zabieg ECPW i od tej pory stałam się stałą pacjentką, a pobyt w szpitalu i zabieg ECPW stał się moją rutyną i czymś zwyczajnym i normalnym.
Kolejne 4 lata ubiegły zwyczajnie. Miedzy kolejnymi pobytami w szpitalu, zabiegami ECPW, badaniami i wizytami kontrolnymi dalej pracowałam, podróżowałam, poznawałam nowe sporty, w tym sporty ekstremalne, chodziłam w ukochane góry.

I tak, od pierwszych oznak, że coś się dzieje w wątrobie, upłynęło mi 13 lat w praktycznie normalnym życiu. PSC okazała się chorobą, z którą można żyć, realizować się w pracy, realizować marzenia i wieść szczęśliwe życie.
Przyszedł jednak moment, który wiedziałam, że kiedyś nadejdzie – marskość wątroby. Jednak wiele lat moja wątroba dzielnie walczyła z chorobą i jestem jej za to wdzięczna. Nawet ostatnie 2 lata do przeszczepu nie były bardzo uciążliwe – wciąż funkcjonowałam normalnie, niestety pojawiło mi się nieznaczne wodobrzusze i coraz częściej zdarzały mi się stany zapalne, a wówczas – duże osłabienie, dreszcze, gorączka. Rok przed przeszczepem trafiłam na listę.
Przeszczep to nie koniec. To początek
Telefon z wezwaniem na operację przyjęłam początkowo z dużym szokiem, ale już do Warszawy jechałam ze spokojem. Przyjechaliśmy ok. 1.00 do szpitala, a na operację wezwano mnie ok. 10.00. w tym miejscu chciałam napisać, że otoczono mnie wspaniałą i ciepłą opieką zarówno na oddziale przed operacją, jak i na bloku operacyjnym. Dzięki temu nie czułam strachu ani powagi sytuacji i zasnęłam na stole operacyjnym z pełną ufnością i pewnością, że jestem w najlepszych rękach w Polsce.
Operacja trwała 7 godzin i przebiegła pomyślnie i bez komplikacji. Każdy etap rekonwalescencji przebiegał u mnie bez zakłóceń. Ze szpitala w dobrym stanie i o własnych siłach wyszłam po niecałych 3 tygodniach.

Powrót do formy przebiegł u mnie zaskakująco szybko: po 3 miesiącach wróciłam do pracy, wracam do sprawności fizycznej pod okiem trenera personalnego, chodzę znów po górach (ale na razie po krótkich i niewymagających szlakach).
Czuję się wspaniale, a moje wyniki są idealne i od bardzo, bardzo dawna u mnie niespotykane. Jestem bardzo szczęśliwa i wdzięczna. Uwierzcie, że choć ta choroba jest nieuleczalna (poza leczeniem poprzez przeszczep), to macie na jej przebieg realny wpływ.
I nawet jeśli gdzieś tam na końcu Waszej drogi będzie przeszczep, to nie jest on końcem świata, a początkiem nowego, pięknego życia w zdrowiu.
Dbajcie o siebie
Martyna


Dziękuję, że podzieliłaś się swoją historią.
To bardzo potrzebne wsparcie dla chorych, nie dałaś się chorobie złamać psychicznie, zaufałaś lekarzom i żyjesz na własnych zasadach.
Jesteś WIELKA
Miło czytać Twoją historię, sam jestem bardzo aktywny (rower, góry latem i zimą) i z tyłu głowy myślę jakby to było gdybym musiał mieć przeszczep. Dzięki…
Super historia, sam czekam na przeszczep i chciałbym wrócić do górskich wypraw
Dziękuję pięknie, aż się ciepło pojawia na sercu czytając tak wspaniałe historie. Dużo zdrówka dla wszystkich.
Dziękuję za podzielenie się swoją historią. Mój syn jest zdiagnozowany od 3 lat. Choroba przebiega u nas praktycznie bezobjawowo (oprócz zmian widocznych na rezonansie). Każdy z nas żyje z obawą co przyniesie jutro więc szczerze doceniam i cieszę się czytając Twoją trudną ale mimo wszystko pozytywną historię. Pozdrawiam i wszystkiego dobrego
Ależ ja doceniam Twoje pozytywne nastawienie ❤️❤️❤️ niesamowita historia. Jestes nadzieja dla nas! Potrzebujemy wiexej historii ktore uskrzydlają ❤️