Marskość wątroby – pierwsze odczucia. Historia o lęku, akceptacji i czasie

Historie PSC


z cyklu „Droga z PSC – od diagnozy do nowego życia”, Mateusz Marosz

Marskość. Pierwsze odczucia

W naszym życiu znamy wiele słów, które niosą w sobie niepokój. „Marskość” jest jednym z nich. Budzi lęk, kojarzy się z czymś bardzo złym. Sama definicja mówi, jak poważny to stan: „Przewlekłe, nieodwracalne uszkodzenie wątroby, w którym prawidłowa tkanka zostaje zastąpiona przez tkankę bliznowatą, co prowadzi do upośledzenia funkcji narządu.” Brzmi groźnie. Ale wcale nie musi być wyrokiem. Nie ma znaczenia, co spowodowało naszą marskość — zaniedbanie czy choroba. Najważniejsze jest to, by zobaczyć, gdzie jesteśmy teraz. Nie zmienimy nic, co było wczoraj. Jutro jest niewiadomą. Mamy wpływ tylko na chwilę, która trwa. Tak jak w momencie diagnozy, tak i teraz — musimy się zatrzymać. Spojrzeć na wszystko z szerszej perspektywy. Odrzucić to, co wiedzieliśmy wcześniej, i nauczyć się żyć na nowo. Nie jesteśmy sami. Przed nami, obok nas i po nas są ludzie, którzy usłyszeli to samo słowo. „Marskość.” Każdy z nas reaguje inaczej. Ale to od nas zależy, czy odpowiemy sobie na pytanie: „Czy jestem świadomy, jaką mam siłę, by przez ciemność przejść ze światłem w ręku?”


Lęk, pytania i świadomość

Pytania przychodzą. Nie takie jak te, które rodzą panikę — lecz ciche, spokojne, zadane w pełnej obecności. Odpowiedź pojawi się sama. Ilu ludzi chorujących, tyle historii. Jedni wiedzieli o chorobie wcześniej, inni dowiedzieli się za późno. Nie da się przygotować na nic, co zachwieje naszym światem. Zwłaszcza na coś, co sprawia, że każdego dnia czujemy się, jakbyśmy siedzieli na tykającej bombie. Nie wiemy, kiedy wybuchnie. Ale wola życia sprawia, że z czasem to tykanie staje się mniej przerażające. Warto się teraz zatrzymać. Podarować sobie moment ciszy. I zadać pytanie — nie z rozpaczy, lecz ze świadomości: „Kiedy pojawiła się we mnie marskość?”


Siła słowa i język uważności

Umysł natychmiast zaczyna przeszukiwać wspomnienia. Przywołuje dzień, w którym po raz pierwszy usłyszeliśmy te słowa z ust lekarza. Słowa mają ogromną moc. A „marskość” należy do tych, które potrafią przestraszyć. Strach jest naturalny. Ale to właśnie w nim najczęściej dostrzegamy siebie najpełniej. Doceniamy to, co najważniejsze — życie. Czujemy całym ciałem, co niesie to słowo: obawę, ból, lęk. Zaczynamy mówić jego językiem, zapominając o języku uważności. Patrzymy zbyt daleko w przyszłość, zamiast zobaczyć chwilę obecną.


Wątroba, lęk i zatrzymanie

Wątroba oczyszcza nasz organizm z toksyn. Kiedy traci swoją moc, zatruwa również umysł lękiem. Ale ten lęk można wykorzystać inaczej — jako sygnał do zatrzymania się. Stanąć twarzą w twarz z chorobą i powiedzieć jej z pełną świadomością: „Widzę cię.”


Encefalopatia, świadomość i miłość

Encefalopatia wątrobowa potrafi odebrać świadomość. Wtedy ogromne znaczenie mają ludzie, którzy są przy nas. Ci, którzy trwają mimo wszystko — choć czasem stajemy się dla nich nieobecni, obcy. Jak wtedy zadawać pytania, skoro umysł gaśnie? Jednak wraz z chorobą zagląda do nas również miłość. To ona pozwala nam oddychać, czuć, trwać. Miłość w oczach tych, którzy czuwają — często zza łez. Oczy znów czerwone od płaczu. — Czemu płaczesz? — Nie mogę już patrzeć. — Na co? — Jak cierpisz. — To kochaj. Tyle wystarczy. — Kocham. — Nadal jestem. — Jesteś.


Czas i życie między tyknięciami

Słowa, które budzą lęk, stają się mniej obce, gdy je zauważymy. Chwile nabierają wtedy znaczenia, stają się bardziej świadome — odczuwalne całym ciałem, które wciąż żyje. A my razem z nim. Z marskością przychodzi coś jeszcze, czego nie da się uniknąć. A raczej coś, co zawsze było, tylko wcześniej tego nie dostrzegaliśmy: czas. Czas. Zegar. Czekanie. A między ich tyknięciami — życie.

Marskość wątroby – pierwsze odczucia. Historia o lęku, akceptacji i czasie

2 komentarze do “Marskość wątroby – pierwsze odczucia. Historia o lęku, akceptacji i czasie

  1. Mateusz czytam wszystkie twoje wpisy. Twoje słowa są takie wyważone! Przebija z nich opanowanie i spokój, którego ja absolutnie mnie mam, kiedy myślę o chorobie syna. Trochę zazdroszczę ci tej umiejętności godzenia i oswojenia sytuacji. Czy takie podejście wynika z twojej natury, czy udało ci się to wypracować? Dziękuję ci za ten post, bo to kolejna wskazówka, jak można zmienić perspektywę na tą bardziej optymistyczną i niosąca nadzieję.

    1. Aniu dziękuję za tak piękny komentarz. Jeżeli chciałabyś, porozmawiać to znajdziesz mnie na grupie. Pisz śmiało 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń na górę